Zapomniana realizacja celu

Środa wieczór. Na stacji benzynowej ogromna kolejka. Zakręcona jak te frytki w znanym „fast” foodzie choć tankujących samochodów wcale nie tak dużo. Nie te czasy gdzie hasło „rzucili towar” rozchodziło się szybciej niż prędkość światła, a wszelkie teorie względności Einstaina brały w łeb. Kolejka prowadzi jednak nie do kasy, nie do ubikacji a do automatu lotto. Achhh – kumulacja. Zainwestować i pomóc szczęściu? Nawet najbardziej oporni na wizualizację płyną w tym momencie daleko. Co by było gdyby …? Jedynym problemem to wysokość wygranej. Przecież tymi 17 milionami trzeba podzielić się z innymi… Szczęście i problem w jednym. Ale lepsze to niż nic. Zostanie na podróż dookoła świata, kilka innych drobiazgów. Kilka godzin oczekiwania i … nasz budżet zostaje uszczuplony o kolejne trzy złote. Ecchh trzeba będzie jednak samodzielnie dojść do tych kilku drobiazgów. Tylko jak?

Planujemy cele, tworzymy plany, zaczynamy je realizować jednak po jakimś czasie dochodzimy, po raz kolejny, do brutalnej prawdy. Zdajemy sobie sprawę, że nie osiągnęliśmy tego czego chcieliśmy, co zaplanowaliśmy. Dlaczego? Odkrycie odpowiedzi na to proste pytanie może wpłynąć na podejmowane przez nas działania i zwiększyć skuteczność realizacji celów.

Wyznaczenie celu jest tylko pierwszym krokiem na naszej drodze do realizacji marzeń. Właściwie drugim. Wcześniej ważne by określić wizję. Czyli to, na czym nam zależy i w którym kierunku chcemy podążać. Nawet perfekcyjna definicja obu tych elementów nie gwarantuje sukcesu. Cała magia zaczyna się w chwilę później. Wtedy kiedy przechodzimy od planowania do działania. Wiele genialnych planów zakończyło żywot zaraz po tym jak się narodziły. Dosłownie jak bańki mydlane. Piękne, kolorowe, wielkie. Jednak delikatne, o krótkim żywocie, targane nawet delikatnym powiewem wiatru.

Wewnętrzne sterowanie sobą i swoimi zachowaniami na wypadek wystąpienia pewnych wydarzeń zakłócających jest kluczowa. Najpierw uświadomić sobie co może się wydarzyć a później znaleść sposób na okoliczność wystąpienia owej sytuacji. Psychologia określiła dwa wyzwania przed którymi stoi każdy adept mistrzowskiego osiągania celów. Po pierwsze jak początkujący kierowcy nie potrafimy ruszać z miejsca oraz kiedy już jedziemy, nie trzymamy się wyznaczonej drogi. Dlaczego?

Start jest kluczowy. Kiedy już ruszymy nasz mózg cierpi z powodu niezakończonej czynności (Efekt Zeigarnik). Jest natrętny. Ciągle przypomina nam, że zadanie rozpoczęliśmy ale nie ukończyliśmy więc logicznym następstwem jest jego kontynuacja. Dla coachów jednym z kluczowych zadań jest wsparcie klienta w definiowaniu pierwszego kroku, takiego który może być wykonany jeszcze dzisiaj, a niekiedy nawet w trakcie sesji. Nie chodzi o coś wielkiego, doniosłego. Chodzi o to by ruszyć z miejsca. Tak jak samochodem. Na jedynce. Dopiero później będziemy cieszyć się prędkością i jazdą na szóstym biegu. Rozpoczynanie jednak jest trudne. Dlaczego?

Zapomniana realizacja celu. Wydawać by się mogło, że to niemożliwe. Skoro nasz cel jest ważny to jak można o nim zapomnieć? Cóż, świat cały czas się rozwija, technologia zamiast nas wspierać, wspiera sprzedawców. Zamiast mniejszej liczby obowiązków, mamy ich coraz więcej. Mamy też coraz więcej atrakcji. Te konkurują z naszymi celami. W konsekwencji zapominamy o ich realizacji. Nawet kiedy ponownie nas nawiedzają odkładamy je na „jutro” licząc, że wtedy znajdziemy czas, będziemy inni, lepsi, sprawniejsi. Jutro jednak nigdy nie nadchodzi

Nie wykorzystujemy okazji. Nawet kiedy pamiętamy o celu na naszej drodze pojawia się inny problem zwany przez nadmiernych optymistów wyzwaniem. Ogromna presja życia codziennego przeszkadza nam w zauważaniu unikalnych możliwości rozpoczęcia działania. Pędzimy i kiedy tylko mamy wolny czas, zamiast go wykorzystać robimy coś zupełnie innego, coś przypadkowego, na co do tej pory nie mieliśmy czasu lub na co mamy większą ochotę niż na realizację celu. I tak siedzimy godzinami przed TV oglądając kolejny raz ten sam odcinek serialu, gramy w gry. Niekiedy w ułamku sekundy potrafimy przeistoczyć się w artystę, który czeka na tzw. natchnienie lub wenę. Nie dostrzegamy nadarzających się okazji lub jeśli nawet je widzimy nie potrafimy ich wykorzystać – nie wiemy co robić, nie mamy planu działania, jesteśmy zaskoczeni. Wtedy robimy to co potrafimy najlepiej lub czekamy na muzę i natchnienie.

Konkurujące ze sobą zadania lub myśli. Pamiętamy o naszym celu. Potrafimy nawet dostrzec okazje. Kiedy jednak ruszamy, albo tuż przed pojawia się opór. Ogromny opór związany z koniecznością wyjścia poza nasz obecny świat, odbierający energię do działania, wskazujący atrakcyjniejsze zajęcia. Zamiast uczyć się do egzaminów fascynują nas najnudniejsze kiedyś filmy lub książki, zaczynamy sprzątać, robić wszystko co daje więcej przyjemności niż ruszenie z miejsca. Chcemy mieć poczucie kontroli, brak poczucia bólu, niewygody. Zamiast więc wstać z sofy i udać się na trening by wypocić kilka kropli potu, rozsiadamy się w niej i uzasadniamy potrzebę pozostania w domu, zamiast zdrowo się odżywiać, wyobrażamy sobie, że jutro przejdziemy na dietę.

Kiedy już ruszymy, przezwyciężymy wszystkie niedogodności podczas realizacji celu pojawiają się przeróżne przeszkody. Te powodują, że nie trzymamy się wyznaczonej drogi. Dążenie do celu jest procesem systematycznego działania i radzenia sobie z różnymi przeciwnościami, niekoniecznie losu. Najczęstszą przyczyną rezygnacji z wyznaczonej drogi jest uleganie chwilowym przyjemnościom, pokusom, które dostarczają natychmiastowej nagrody. Kiedy walczą ze sobą dwie siły – odroczona gratyfikacja, nierealna teraz, wymyślona w przyszłości, a natychmiastowa, namacalna i realna trudno oprzeć się pokusie. W rezultacie realizacja chwilowych uciech odciąga nas od wyznaczonego celu. Ten z czasem schodzi na dalszy plan.

Jeśli nawet wdrożymy strategie związane ze wzmocnieniem swojej samokontroli naszym narzędziem osiągania celów są stare schematy działań, te których uczyliśmy się przez całe nasze życie. Niewidoczne nawyki, całkowicie zautomatyzowane bywają naszym sprzymierzeńcem. Nieefektywne, wykonywane pod osłoną naszej świadomości potrafią być wrogiem z którym trudno się uporać. Nawyki są niewidzialnymi architektami, projektantami naszego każdego dnia. Uzyskiwany rezultat to suma elementarnych, pojedynczych działań, z których zdecydowana większość dzieje się poza naszą kontrolą. Stare i nieefektywne nawyki, wykonywane w ciągu naszego życia setki, a może tysiące razy nie tylko są trudne do zidentyfikowania ale również zmiany.

Kiedy już idzie nam całkiem dobrze pojawiają się niespodziewane i silne emocje, które potrafią wysadzić nas z roli kierowcy rajdowego i przesadzić na fotel pasażera całkowicie przejmując nad nami kontrolę. Sprowadzają nas do rangi „zielonego listka”, tzw. eLki, szkoły nauki jazdy. Rano w świetnym humorze. Idziemy do pracy podziwiając siebie za konsekwencję oraz systematyczność realizacji celu. Czujemy że zrzuciliśmy już kilka kilogramów, że jesteśmy silniejszymi albo szybszymi biegaczami by w kilka godzin później, zdenerwowani przez jakąś nawet drobną sytuację, zjeść coś słodkiego co nas „przytuli”, wypić uspakajającą nas szklaneczkę whisky, zaangażować się w rozpamiętywanie sytuacji by ostatecznie odpuścić kolejny trening.

Co dalej? Na początek obserwacja. Refleksyjne podejście. Co wymaga poprawy w Twoim funkcjonowaniu? A później dobór odpowiedniej strategii. O tym napiszę już w kolejnym wpisie.